Pień mózgu ma wielkość kciuka i waży zaledwie kilkadziesiąt gramów. To najstarsza ewolucyjnie część układu nerwowego. Decyduje o tym, czy zaczerpniesz kolejny oddech, czy serce utrzyma swój rytm a ciśnienie tętnicze będzie w normie, czy będziesz mówić i przełkniesz pokarm, otworzysz oczy i pozostaniesz przytomny i świadomy. Przez pień mózgu przebiega większość dróg nerwowych łączących mózg z rdzeniem kręgowym i resztą ciała. Każdego dnia, przez całą dobę wykonuje swoją pracę, której nie zauważamy … dopóki nie przestanie działać. Nawet niewielkie uszkodzenie tej struktury może spowodować śmierć albo zaburzyć funkcje, bez których nie jesteśmy w stanie samodzielnie funkcjonować.
To właśnie tam, w tym centrum podtrzymującym życie, 15 listopada 2008 roku, doznałam udaru.
Jak co tydzień w sobotę rano szykowałam się z moją półroczną córką na basen. Nagle zrobiło mi się słabo i ciemno przed oczami. Czułam, jak opadam z sił i tracę napięcie w ciele. Miałam mdłości helikopter w głowie. Nie mogłam skupić wzroku. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie. Nie wiedziałam, co mi jest i o dziwo byłam spokojna i opanowana. Dziś wiem, że wtedy uruchomił się we mnie tryb przetrwania przez zamrożenie. Ostatkiem sił zadzwoniłam po pogotowie, do mojego partnera, który był za granicą i na pierwszy numer w moim nowiutkim iPhonie – do dziewczyny, którą poznałam dzień wcześniej, a teraz prosiłam o pilną opiekę nad córką. Potem położyłam się na podłodze, dopadł mnie fizyczny bezwład nóg i rąk. Czekałam na karetkę, a moja mała Pola płakała naga w łóżeczku.
Pień mózgu to jedna z najgroźniejszych lokalizacji niedokrwienia, bo to strażnik naszej fizjologii. Kiedy lekarz w szpitalu pewnie oświadczył, że umrę w ciągu najbliższych godzin, nie czułam strachu. Czułam obojętność i paradoksalnie – bezpieczeństwo, bo przecież byłam pod opieką. Sic! Najważniejsze, że moja córka też ją miała. Pamiętam, że odmówiłam wizyty księdza i wcale nie chciałam żegnać się z rodziną. Byłam przykuta do łóżka, potwornie wyczerpana fizycznie, na zmianę spałam i budziłam się. Nie mogłam się poruszać, nie czułam lewej ręki i nogi, prawa strona mojej twarzy też była sparaliżowana. Zachowałam jednak przytomność i jasność umysłu, choć on też był zmęczony. Mogłam mówić, choć z wielkim trudem i głosem dziecka, bo zawał w pniu mózgu uszkodził też nerwy krtani. Salowe zmieniały mi pieluchy. To okropne, kiedy dorosły na powrót staje się niemowlakiem i musi załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne leżąc.
Przeżyłam stan krytyczny wbrew negatywnym prognozom i potwierdzającym je statystykom. Leżąc w szpitalu, nie myślałam o przeszłości ani przyszłości. To był dla mnie nowy stan umysłu – bycia i życia wewnątrz siebie – minuta po minucie, dzień po dniu, tydzień po tygodniu … i tak przez wiele miesięcy. Zero myśli, konceptów, poczucia żalu czy lęku. Byłam tylko ja i moje ciało. Mój bezwład, który nazywałam elektrycznym breakdown’em. I moje totalne wyczerpanie.
W kilka tygodni po udarze zaczęłam odczuwać dziwne parzące i piekące gorąco w sparaliżowanej nodze, ręce i plecach. Rozlewało się niczym gorąca lawa po moim ciele. Obezwładniało swoją intensywnością i nigdy nie ustawało. Powtarzałam sobie wtedy, że mam szczęście, że żyję, a inni przecież umarli i że wszystko minie. I ten upiorny ból na pewno też. Uczyłam się siedzieć i chodzić na nowo w tym samym czasie, co moje dziecko. Spędziłam 10 miesięcy na różnych oddziałach szpitalnych, gdzie poszukiwano przyczyn udaru mózgu.
Nigdy się nie skarżyłam. Nie ubolewałam nad swoim stanem. Nie płakałam i nie rozczulałam nad sobą. Nie czułam, że to konieczne. Udar odbierałam jako chorobę, nigdy traumę. Kiedyś to słowo nie było takie „modne”. Nie chciałam z nikim rozmawiać o udarze. Byłam w stanie głębokiego wyciszenia, nawet „odrętwienia” emocjonalnego. Teraz wiem, że ratowało mnie to atawistyczne zamrożenie. Pomniejszałam swoje tragiczne doświadczenie, bo to jedna z pierwszych podświadomych fizjologicznych strategii na przetrwanie, na poradzenia sobie z rzeczywistością. Nie przyszło mi wtedy nawet na myśl, że będę borykać się z nieuleczalnym deficytem neurologicznym przez wiele lat i że medycyna akademicka nie zaproponuje mi nic konstruktywnego, poza ostrzeżeniami przed kolejnymi udarami i ogólną koniecznością dbania o siebie.
Do mojej pracy mentorskiej i terapeutycznej wróciłam po około półtora roku. Już nie w takiej dynamicznej energii jak kiedyś, ale z nowym doświadczeniem życiowym. Dalej towarzyszyło mi wyciszenie emocjonalne. Nic mnie nie cieszyło, nie wywoływało entuzjazmu, nie było też obojętne, ale wszystko przyjmowałam z neutralnymi odczuciami. Dalej czytałam doniesienia o tzw. bólu centralnym po udarze i szukałam terapii, która mnie od niego uwolni. Żyłam z dnia na dzień. Bardzo powoli odzyskiwałam siły witalne. Zajęło mi to lata, nie tygodnie czy miesiące.
Udar stał się dla mnie jednocześnie przekleństwem i błogosławieństwem. Wyrwał mnie z życia w kwiecie wieku, odebrał sprawność i narzucił wiele ograniczeń w codziennym funkcjonowaniu, pozbawił radości bycia mamą i rozwijania więzi z córką wtedy, kiedy obie najbardziej tego potrzebowałyśmy. Dużo czasu upłynęło zanim pozwoliłam sobie na uświadomienie i opłakiwanie tych strat, na smutek, żal i żałobę po utracie zdrowia i po tym, że już nigdy nie doświadczę siebie sprzed choroby, że nie dowiem się, jak potoczyłoby się moje życie bez niej. Dopiero kilka lat po udarze, zdałam sobie sprawę, że cały czas tkwię w stanie zamrożenia. Byłam osobą, którą w psychologii określa się mianem wysoko funkcjonującej po traumie.
4 lata po zachorowaniu zainteresowała mnie Kabbalah. Nie chodziło jednak o stawianie kart, ale o żydowską technologię życia, którą nazywano także coachingiem światła. Stale towarzyszył mi ból centralny w porażonych kończynach, napady migren, zaburzenia równowagi, problemy z oczami i szybkie męczenie się. Korzystałam z różnych terapii naturalnych – ziół, pracy z energią, dotykiem czy igłami. Chodziłam na jogę jin, czyli najpowolniejszy trening świata, bo ból nie pozwalał uprawiać dynamicznego sportu. W kabalistycznych medytacjach, recytowaniu imion Boga i skanowaniu liter w świętych tomach Zoharu też szukałam ulgi, bo „tonący brzytwy się chwyta”.
Zaczęłam też studiować podyplomowo life coaching, a potem coaching oddechu oraz integrację oddechem i integrującą obecność. Zawsze czułam głód wiedzy. Wszystko to doprowadziło mnie do przełomu myślowego, bo do tamtej pory uważałam, że dawałam sobie świetnie radę po udarze, że mam „załatwioną” tę kwestię, bo jestem silna psychicznie i potrafię zaciskać zęby i przeć do przodu, a to że zdarzały mi się napady paniki, a w nich strach przed kolejnym udarem – uznawałam za coś naturalnego, choć owszem niepokojącego.
Integrowanie oddechem to był … transformacyjny sztos!
Nie sądziłam, że siebie nie znam i że mogę tyle odkryć…oddychając. Nie wiedziałam, że oddech poza byciem funkcją fizjologiczną, może „rozpuszczać” zamrożenie, przywracać do czucia, wspierać w uwalnianiu emocji albo poszerzać świadomość. Ba, nie miałam żadnego pojęcia o świadomości, poza tym, że każdy ją ma. Jak EGO (everybody got one). Szkoła oddechu była dla mnie swoistym eksperymentem. Myślałam o niej jak o kolejnej ścieżce samouzdrawiania.
Integrowanie oddechem stało się dla mnie „narzędziem” do akceptacji mojej rzeczywistości taką, jaka była; do poszerzenia perspektyw patrzenia na siebie, ludzi, zdarzenia jak na szanse do wzrostu osobistego i rozwoju; do traktowania emocji jak przyjaciół życia i zdrowia, a nie wrogów; do otworzenia się na czucie i do zaufania swojemu ciału w autoprowadzeniu; do czytania różnych sygnałów z ciała a nawet z otoczenia; do generowania ciekawości i radości w samopoznaniu. Taka praca z oddechem i obecnością rozmrażała mnie i choć nie uwalniała od bólu czy zawrotów głowy, to uczyła w niespodziewany sposób ich akceptacji i tolerancji. Sprawiała, że głębiej odpoczywałam i relaksowałam się, co przy tak uszkodzonym układzie nerwowym wcale nie jest łatwe. Nauczyciele tych metod stali się moimi przewodnikami życiowymi, dawali mi poczucie bezpieczeństwa oraz poczucie bycia widzianą i słuchaną.
To właśnie podczas sesji oddechowych dopuściłam do siebie złość i wściekłość na to, co mi się przydarzyło. Poczułam zazdrość o zdrowie innych. Odczułam gorycz i przeszłam żałobę po stracie sprawności i życia, którego nigdy już nie poznam. Doszła do mnie rozpacz po niespodziewanym i gwałtownym zerwaniu więzi z córką i mojej długiej nieobecności w jej życiu oraz konsekwencjach tych wydarzeń, które wpłyną na przyszłość nas obu. Pojawił się też żal po planach, których nie mogłam spełnić i lęk przed ponownym zachorowaniem i kolejną stratą. Po raz pierwszy po udarze pozwoliłam sobie płakać. To były dla mnie sesje uwalniające ciało, umysł i emocje.
Moje ciało relaksowało się i odpoczywało. Odpuściłam sobie wyrzuty, że tak późno zdałam sobie sprawę, że „zamiatałam udar pod dywan”. Uwolniłam lęk przed niewiadomą reakcją na dotknięcie pamięci mojego ciała co do okoliczności „okołoudarowych”.
Kilka sesji oddechowych wystarczyło, bym zrozumiała, że jednocześnie mogę być silna i mogę rozsypać się na kawałki, bo siła to właśnie pozwolenie sobie na pobycie w swojej bezsilności, czucie złości i żalu, opłakiwanie siebie bez obwiniania się, że to wypada lub nie; w sesjach przestałam udawać, że wszystko jest ze mną dobrze, mogłam wreszcie przestać być optymistyczna i przestać „zawsze patrzeć w górę”[1]; mogłam pozwolić sobie na bezpieczne czucie czegokolwiek, co się we mnie pojawiało, mogłam być autentyczna i żyć w prawdzie moich chwil, niezależnie od tego, jakie myśli, emocje i doznania w ciele mi przynosiły.
Ludzie często myślą, iż dawanie sobie rady oznacza: walczyć, nie poddawać się, coś wytrzymywać i być silnym. Często słyszę pytanie jak sobie poradziłam w zagrożeniu życia, w tak poważnej traumie i jak sobie radzę teraz. Na początku moje ciało poradziło sobie samo poprzez rozpoznanie zagrożenia i automatyczne wprowadzenie się w stan zamrożenia, który w rzeczywistości oszczędza i chroni nasze funkcje życiowe. Mój organizm wyłączył wszystko, co nie było niezbędne do przetrwania. To biologia, nie mój heroizm. Układ nerwowy robił wszystko, by utrzymać mnie przy życiu i działo się to poza moją świadomością. Mój przyjaciel, który wspomagał mnie ziołami po udarze, zawsze twierdził, że charakteryzuje mnie ogromna wola życia, mam silne nerki i silne komponenty Shen i Jing. Shen w Tradycyjnej Medycynie Chińskiej to duch, świadomość i siła witalna człowieka. Jing to fundamentalna energia życiowa, odpowiadająca za wzrost, rozwój, odporność oraz to, jak się starzejemy i regenerujemy.
Z czasem pojęłam, że dawanie rady to dawanie sobie dużo czasu na odpoczynek i sen. To zgoda na własną słabość i niemożność robienia wszystkiego i na raz, co było moją wrodzoną zdolnością przed udarem. Dla mnie dawanie rady to też oddychanie wyrzutami sumienia z powodu „nicnierobienia” albo oddychanie tym „nicnierobieniem”
i pozwalanie sobie na odpoczynek. To było dla mnie szczególnie trudne, bo należałam do osób stale czymś zajętych. Dawanie rady to także uznanie, że życie się zmienia, a zdrowie to dynamiczny proces. Nauczyłam się nie poganiać ciała, zaprzestałam wymagać niemożliwego i jednocześnie dopuszczałam do głosu smutek, że czegoś nie mogę – nie jeżdżę na rowerze, nie zrobię już prawa jazdy na motor, nie zanurkuję w głębinach, nie stanę na głowie i nie popływam sama w oceanie. Mój mózg pożegnał się z tymi przyjemnościami, ale daję mu prawo odczuwania po nich żalu.
Po sesjach oddechowych zrozumiałam, że nie chcę już pokonywać choroby i jej konsekwencji. Chcę zacząć dialogować i współpracować ze swoim „starym nowym” układem nerwowym. Wcześniej myślałam, że mam go pod kontrolą, a tymczasem to on zaczął „dyktować” mi jak mam żyć. Drażniło mnie to, ograniczało, nie pozwalało natychmiast działać. Często w ciągu dnia musiałam zatrzymać się w połowie jakiejś czynności, żeby położyć się i odpocząć. I nauczyłam się tak robić. Zmieniłam perspektywę myślenia o sobie i udarze. Także retorykę monologu we własnej głowie i swoich wypowiedzi. Nie obwiniałam choroby o wszystko, ale mówiłam, że moje ciało potrzebuje zwolnić i odpocząć, że to jest moje tu i teraz, że to jest prawda tej chwili. Słuchać siebie zaczęłam podczas pierwszych sesji integrowania oddechem i trwa to już blisko 14 lat!
Niektórzy nazywają słuchanie siebie – uwagą aferentną, czyli skierowaną do swojego wnętrza, na swoje myśli, emocje i odczucia z ciała. Ja wolę nazywać to totalną obecnością w ciele. Bodyfulness to kompetencja dostępna dla każdego i m.in. służąca radzeniu sobie z trudnościami w życiu – z każdym stresem, kryzysem czy traumą. Teraz to dla mnie okazje do wzrostu. Przez nie dojrzewamy jako ludzie. Dojrzewamy tkwiące w nas możliwości, perspektywy i zyski.
Ta „spowiedź” intelektualizuje moje doświadczenia, ale artykuły właśnie od tego są. Łączą słowa w ekspresje. Tymczasem mój proces zdrowienia, który trwa już niemal 18 lat opiera się na czuciu swojego ciała; na rozwoju świadomości sensorycznej; na uznaniu rzeczywistości.
Moja historia nie dotyczy udaru, dotyczy mojej przemiany, mojej adaptacji do życia z niepełnosprawnością, której niewprawne oko nawet nie zauważy. Nie gloryfikuję tutaj cierpienia. Nie sugeruję, że choroby są nam do czegoś potrzebne. Chcę pokazać, że z czegoś bardzo trudnego może narodzić się nowe znaczenie, że jest życie po udarze i że ma sens. Tego nauczył mnie oddech połączony, oddech słuchający, a czasem też sięgający. Wszystko można uznać za lekcję.
Chcę podkreślić, że w życiu nie jestem hurraoptymistką. Obce są mi koncepty kochania siebie na siłę w stylu Louise Hay, utrzymywania nieustannie wysokiego poziomu optymizmu Davida R. Hawkinsa czy radykalnego wybaczania wszystkiego i wszystkim według Colina Tippinga.
Moją drogą jest autentyczność i życie w prawdzie chwili, a nie jej zaprzeczanie. Jak boli, to przyznaję, że boli – nie udaję odwagi. Jak robię wyrzuty mojemu mózgowi – to klnę do niego. Jak chce mi się płakać, a właśnie mam np. trening na siłowni – to płaczę. Jak o czymś negatywnie myślę – to jest to moment na właśnie takie refleksje.
Wszystko się w nas zmienia, wszystko płynie, wszystko jest w ruchu – te słowa z filozoficznego traktatu kybaliońskiego noszę w sobie. Z ciekawością i też czułością podążam za tymi zmianami. Kiedy chcę się w czymś zatrzymać, zaczynam czuć swój oddech, zauważać wdech i wydech, obserwuję jak powietrze przemieszcza się po moim ciele, potem łączę wdech z wydechem i wydech z wdechem i zadaję sobie pytania – co teraz czuję, gdzie mam to w ciele, czy chcę to poeksplorować, czy mogę być z tym obecna. Potem obserwuję co się zmieniło, co starego odeszło, co nowego się pojawiło, czego mam w sobie więcej albo mniej…I te zmiany nie dzieją się tylko po sesji i w tu i teraz. My je zauważamy we wszystkich aspektach życia.
Teraz do sesji integrowania oddechem zachęcam wszystkich moich kursantów, bo oddech i obecność to podstawowa kompetencja w praktyce terapeutów manualnych; pierwotna względem wszystkich innych, bo biegłość techniczna czy podążanie za algorytmami to o wiele za mało, by być świadomym siebie terapeutą. Nasz oddech, obecność i autentyczność nie tylko wpływają na wszystkie decyzje i wybory życiowe, ale „wrzucają” każdą terapię na piąty albo szósty bieg i pozostawiają niezapomniane doświadczenia w ciałach naszych klientów. A ciało pamięta ten szczególny dobrostan i lubi do niego wracać 😊. Lubi wracać w takie czujące i słuchające ręce. Oddech, obecność i autentyczność to terapeutyczne święte Graale! Tylko to już historia na inny artykuł.
Jako terapeuci odczuwamy napięcie fizyczne i psychiczne innych osób. Każdy ma zmysły i układ nerwowy, które stale skanują nasze wnętrze i otoczenie w poszukiwaniu bezpieczeństwa i odkrywaniu zagrożeń. Stan obecności terapeuty pogłębia jego świadomość sensoryczną, co z kolei sprawia, że osoby poddające się terapii, łatwiej wchodzą w kontakt ze swoim ciałem, osiągają długo utrzymujący się stan prawdziwej relaksacji fizycznej i psychicznej, odczuwają ukojenie emocjonalne i spokój, konstruktywnie odpoczywają, stają się łagodniejsi i czulsi dla siebie i świata, i bardziej uważni. Przy regularnym korzystaniu z terapii odczuwają wyraźny przypływ energii i zryw do działania. Można powiedzieć, że to, co robimy jest ekologiczne, nie dlatego, że nie zanieczyszczamy środowiska, ale dlatego, że nasza praca wpływa pozytywnie na innych, a rezultaty szybko zobaczy i poczuje środowisko wokół.
Obserwując te zachowania, szukałam dla nich naukowego wyjaśnienia. W literaturze znalazłam pojęcie responsywności mózgu[1], czyli stanu spoczynku mózgu i układu nerwowego, który może przynieść samo zdrowie i ogólnie dobro. „Regularne przebywanie w trybie responsywnym sprawia, że rzeczywiste neurobiologiczne przyczyny stresu, strachu, frustracji, smutku i szeroko rozumianego cierpienia stopniowo znikają” – napisał Rick Hanson w swojej książce pt. Szczęśliwy mózg. [2]
Myślę, że terapeutyczny stan obecności indukuje responsywność mózgu u obu stron terapii, a „kiedy ciało jest w tym stanie, to naturalnie pojawiają się poczucie wdzięczności, spełnienia, zadowolenia, radości, wysokiej wartości własnej i godności. Odczuwa się budującą więź z innymi ludźmi, ma się poczucie przynależności do grupy i zachowuje się empatycznie.”[3]
Czy to nie jest wspaniałe mieć taką moc? Robić terapię i wiedzieć, że ona wpływa na wszystkich i wszystko wokół :-).
Nigdy nie nazwę udaru czymś dobrym, ale to on doprowadził mnie do miejsca, w którym jestem, do nauk, które po nim podjęłam, do rozwoju osobistego, który zawsze kojarzył mi się z ezoteryką, do obecnego rozumienia rzeczy i pojęć, do pokory wobec ciała i słuchania go i cieszenia się z drobnych rzeczy i wdzięczności za te, które wydają się oczywiste.
Wiem, że za pomocą oddechu, obecności i samoświadomości odnalazłam w chorobie swoisty dar i to chyba najważniejsza z moich strategii dawania sobie rady. Odnaleźć dar w tym, co negatywne i straszne.
Beata Sekuła
…………………………
Beata, od wielu lat, prowadzi cenioną Szkołę Multiterapii, gdzie szkoli terapeutów w głębokim dialogu z ciałem poprzez dotyk.
Dziękujemy, że jesteś z nami i czytasz te słowa.
Historia powrotu do ciała, integracji trudnych doświadczeń i nauki dialogu z własnym układem nerwowym to droga, którą w Szkole CUUD Integrowania Oddechem przechodzimy na każdym zjeździe.
Jeśli chcesz bezpiecznie rozpuścić stare zamrożenia, blokujące Cię wzorce życiowe i odkryć moc obecności, a przy okazji zdobyć cenne umiejętności oraz solidne narzędzia – zapraszamy. Niezależnie od tego, czy chcesz pomóc sobie, czy pełniej wspierać ludzi.
Poznaj PROGRAM CUUD SZKOŁY